„Na pokładzie zostali ludzie. Teraz popłynie pan swoją szalupą na statek i zajmie się pan koordynowaniem ewakuacji. Proszę nas poinformować, ile osób jest na pokładzie, ile kobiet, ile dzieci” – instruuje przez telefon Gregorio De Falco z Kapitanatu Portu w Livorno. Jest czternasty stycznia 2012, sobota, pół godziny po północy. Nie może wrócić na pokład Francesco Schettino, kapitan statku Costa Concordia, który w pobliżu wyspy Giglio uderzył o podwodną skałę i tonie: statek się pochylił… druga łódź ratunkowa (nie ta, na której aktualnie przebywa) się zatrzymała… jest ciemno i nic nie widać… „No to co pan robi? Wraca pan do domu!?” – pyta De Falco.
Po chwili Schettino oddzwania, by podać wymagane informacje: na pokładzie jest około stu osób. Wie to od oficerów, którzy dotarli do jego szalupy. Nie uciekli, broń Boże. Potknęli się, przechylili i wypadli za burtę. I mają suche mundury.
Resztę już znamy. Tragicznie przerwany rejs turystyczny „Zapach cytrusów”. Trzydzieści dwie ofiary wśród niemal czterech tysięcy trzystu pasażerów, stu pięćdziesięciu siedmiu rannych, zatopiony największy w historii statek pasażerski Costa Concordia, katastrofa ekologiczna na Morzu Tyrreńskim.
Co tak naprawdę wydarzyło się tamtej nocy? Dziś sytuacja jest raczej jasna.
Zgodnie z planem, Costa Concordia wypływa z portu w Civitavecchia na północ, w kierunku Savony. Około godz. 21.00 zbacza z kursu i zbliża się niebezpiecznie do Wyspy Giglio, jednej z uroczych śródziemnomorskich wysepek, w nocy pięknie oświetlonych, tak bardzo kochanych przez turystów. Kapitan Schettino chce zbliżyć się jak najbardziej do lądu, by dokonać ceremoniału „pokłonu wyspie”. Przejmuje dowodzenie od pierwszego oficera Ciro Ambrosio i na odcinku pełnym podwodnych skał nakazuje wykonanie serii nieprawdopodobnych manewrów. Około stu metrów od brzegu kadłub statku uderza o najmniejszą ze skał i zostaje rozcięty na długości ponad siedemdziesięciu metrów. Woda natychmiast wlewa się do wnętrza, powoduje awarię silników elektrycznych, generatorów i całego układu elektrycznego, zalewa pompy. Jednostka gwałtownie traci prędkość oraz zdolność manewrowania i zaczyna się przechylać.


Kapitan Schettino powiadamia o wydarzeniu firmę Costa Crociere, organizatora rejsu. Nic takiego, mała dziurka, gumą do żucia się zaklei. Potem już tylko odbiera telefony Kapitanerii Portu w Livorno, zaalarmowanej przez Kapitanerię Portu w Civitavecchia, która dowiedziała się o katastrofie od karabinierów, których powiadomił krewny pasażera statku, opowiadając przez telefon, że na Costa Concordia w restauracji runął sufit i nakazano założenie kamizelek ratunkowych. Rozmowa telefoniczna między kapitanatem portu a kapitanem statku ma miejsce 27 minut po zderzeniu. Schettino przyznaje, że na jednostce nastąpiła awaria elektryczna. Nie wspomina o niczym innym. Jeszcze o godzinie 22.20 obsługa zapewnia pasażerów, że problem elektryczny został rozwiązany i że mogą wrócić do kabin. O 22.24 statek, który wcześniej pochylił się na lewą burtę, zaczyna opadać na prawą. O 22.31 Schettino rozkazuje ewakuację personelu i prosi port o wysłanie holowników. O 22.33 siedem gwizdów syreny informuje o ogólnym zagrożeniu. Pasażerowie z własnej inicjatywy zaczynają wsiadać do szalup bezpieczeństwa. Po bezsilnym dryfowaniu na odległość prawie kilometra od miejsca zderzenia, kilka minut po dwudziestej trzeciej statek osiada definitywnie na prawej burcie. Kiedy się przechyla, niektóre z osób przemieszczających się korytarzem wpadają do wody i giną. Inne, znajdujące się już w morzu, utoną na skutek wiru powstałego przy zanurzeniu burty.
Pół godziny po północy ma miejsce cytowana wcześniej rozmowa telefoniczna między De Falco a Schettino. Kapitan Schettino ma powrócić na statek, lecz rozkazu nie wypełni. Jest jasne, że Costa Concordia została pozostawiona samej sobie. Wtedy to De Falco organizuje akcję ratowniczą, w której wezmą udział holowniki i helikoptery; przypłyną na pomoc wszystkie statki, jakie znajdują się w tej części Morza Tyrreńskiego; również mieszkańcy wyspy Giglio wezmą udział w ratowaniu rozbitków. Jeszcze o pierwszej trzydzieści do kapitanerii dociera wiadomość o dwustu osobach pozostałych na statku. Jako ostatni opuszczą Costa Concordia trzej członkowie załogi: komisarz pokładowy, drugi oficer i lekarz, oraz burmistrz miasta Giglio; jest godzina 5.45. Póki mogli, uwalniali osoby, które pozostały na pokładzie czy w kabinach.
Poszukiwania ocalałych przeciągają się jeszcze przez kolejne dni. Pomiędzy szóstą a siódmą rano dnia 15 stycznia ratownicy znajdą głównego komisarza pokładowego, który podczas ewakuacji zszedł na niższy most, by upewnić się, że nikt tam nie został, po czym upadł i złamał nogę. Opuści on statek w południe, jako ostatni żywy pasażer.
Tu zatrzymajmy relację i zobaczmy, jak potoczyły się losy dwóch bohaterów tej dramatycznej historii: oficerów De Falco i Schettino.
Schettino stanie przed sądem i na początku roku 2015 zostanie skazany na szesnaście lat i jeden miesiąc pozbawienia wolności za zatopienie statku, ucieczkę, nieumyślne wielokrotne zabójstwo i spowodowanie obrażeń. Na wyrok stwierdzający winę odpowiada: „Przez całe życie będę walczył, by udowodnić, że ze statku nie uciekłem”. Twierdzi, że jest kozłem ofiarnym w na wskroś przegniłym systemie. Ze łzami w oczach opowiada, że tego pechowego trzynastego w piątek także jego życie się zakończyło.
Tymczasem udziela wywiadów gazetom i programom telewizyjnym. Jako gość profesora na rzymskim uniwersytecie publicznym „la Sapienza”, przeprowadza wykład na temat zatonięcia statku, którym dowodził. Pisze książkę i dedykuje ją ofiarom katastrofy. Współautorka Vittoriana Abate mówi o nim jako o człowieku złamanym, który po tragedii szuka pocieszenia w wierze, chodzi do kościoła i nie rozstaje się ze swym krzyżykiem. By go wesprzeć, w przeddzień ogłoszenia wyroku ona sama podarowała mu wizerunek Matki Boskiej z Lourdes. Opowiada też o pocztówce, jaką kapitan wysłał jej z wakacji: „To moje morze, które mnie zdradziło. Lecz ja nadal je kocham”.
Pierwsza prezentacja książki: „Zatopiona prawda” odbyła się w położonej na Wybrzeżu Amalfitańskim miejscowości Meta di Sorrento (tu Schettino mieszka z rodziną) i przyciągnęła rzesze słuchaczy. Kapitan został przyjęty owacyjnie. Wysokiej rangi miejscowa polityk przedstawiała go jako tego, który ocalił życie ponad czterem tysiącom osób. W krajach śródziemnomorskich, w pewnych okolicznościach każdy może urosnąć do rangi Podsekretarza do Spraw Punktu Widzenia.
A De Falco? Jego problemy narodziły się natychmiast po rozmowie telefonicznej ze Schettino. „Gdyby pan do mnie tak mówił, to wysłałbym pana do diabła” – stwierdził bezpośredni zwierzchnik, który przysłuchiwał się wymianie zdań. Wyglądałoby na to, że problemem nie jest niesubordynacja kapitana statku lecz ton De Falco. W ciągu kolejnego roku De Falco nie awansuje, gdy awansują wszyscy jego koledzy. W końcu zostaje poinformowany o planowanym przeniesieniu: od 28 września 2015 roku nie będzie pracować w kapitanerii portu, gdzie jego zadaniem była ochrona bezpieczeństwa osób znajdujących się na morzu, lecz zajmie się pracą administracyjną w biurze. De Falco nie ukrywa rozgoryczenia. „Wszyscy podążamy w jednym kierunku, ale każdy w innym celu” – mówi. „Zastanawiam się tylko nad sensem gwiazdek na mym ramieniu”.
„Kapitanie, proszę wrócić na pokład, do jasnej cholery!!!” – ten cytat z rozmowy telefonicznej dwóch oficerów wszedł już na stałe do języka włoskiego. To doprawdy scena emblematyczna, w której stają przed sobą „dwie Italie”: ludzie kompententni, zdolni i sumienni zostają oddelegowani do kserokopiarki, a nieprzyzwyczajeni do refleksji nad skutkami swego postępowania bufoni awansują na medialne gwiazdy.