Wszystko można, co nie można, byle z wolna i z ostrożna. W Abruzji można nawet zbudować hotel w leju, do którego zimą z gór zsuwają się lawiny.

Na mapach potencjalnych lawin schronisko „Rigopiano” leżało w tak zwanej „lufie strzelby”. Struktura wznosiła się nie na jednolitym podłożu, lecz na luźnych kamieniach pochodzących z gór. Mimo wszystko, w roku 2007 budynek powiększono, dobudowano basen i spa. Zrobiono to bez koniecznych zezwoleń ale problem jako taki nie zaistniał: miasto zmieniło natychmiast plan zagospodarowania przestrzennego a w nowo otwartym hotelu znaleźli zatrudnienie członkowie rodzin miejskich decydentów. Zrobiła się z tego sprawa sądowa, w której wszyscy zostali uniewinnieni. Jak głosi wyrok, zezwolenie na budowę w niebezpiecznym miejscu w zamian za stanowiska pracy to nie korupcja, lecz „niechlubny zwyczaj krajów środziemnomorskich”.

Struktura była naprawdę piękna, luksusowa i komfortowa, wciąż pełna gości.

Tak do wtorku 17 stycznia, gdy zagrożenie lawinami nagle wzrosło z 2 na 4 (w skali pięciostopniowej). Informacja zostaje przekazana do prefettury, lokalnej siedziby Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, lecz wiadomości nikt nie odbierze: biuro jest puste, bo ziemia się trzęsie i urzędnicy przezornie się ewakuowali. O godzinie 15.30 droga do hotelu zostaje odśnieżona przez pług; niektórzy goście wyjeżdżają, inni przyjeżdżają (eskortowani przez powiatową policję).

Kolejnego dnia sytuacja wymyka się spod kontroli. Pług, który dzień wcześniej odśnieżył drogę, nie może przebyć więcej niż dziesięć metrów. Śnieg jest zbyt zamarznięty. Już o siódmej rano właściciel hotelu wysyła mail do starostwa powiatowego, informując, że konieczna jest interwencja turbiny.

Na marginesie wyjśnijmy sobie jeszcze jedną kwestię: by obciąć koszta funkcjonowania administracji, kilka lat temu we Włoszech postanowiono zlikwidować starostwa powiatowe. Natychmiast obcięto im finanse, lecz nie zmieniono zakresu ich działania. Tak więc dzisiaj muszą one utrzymywać drogi, nie dysponując pieniędzmi.

Jedna z dwóch turbin, którymi dysponował powiat, uległa awarii. Z godziny na godzinę odkładano odśnieżenie drogi do hotelu. Śnieg walił, za nim poszły kolejne wstrząsy. „Rigopiano” jest zupełnie odcięte od świata. Goście są przerażeni, chcą wyjeżdżać: popłacili rachunki i siedzą na walizkach, czekając, kiedy droga będzie przejezdna. Sekretarka hotelu pisze na facebooku: „śnieg, trzęsienie ziemi… i co jeszcze?”. Tragedia nie każe na siebie czekać. Krótko przed piątą po południu całą strukturę zmiata z powierzchni ziemi lawina niosąca 120 tys ton śniegu i kamieni. Budynek przesuwa się przynajmniej o dziesięć metrów w dół i obraca wokół własnej osi.

Dwie osoby wychodzą bez szwanku. Kucharz hotelu wyszedł na chwilę do samochodu po aspirynę dla żony i dzięki temu, cudem się uratował. Jego rodzina została pod gruzem i lawiną, on sam zaczął dzwonić, gdzie mógł, by poinformować o katastrofie: hotel jest zmieciony z powierzchni ziemi. Zaalertowane instytucje dzwonią do kierownika hotelu. Ten znajduje się poza miejscem pracy, lecz zapewnia, że w „Rigopiano” wszystko ok. Kucharz dzwoni do swego przyjaciela, dawnego profesora ze szkoły. Również i on informuje odpowiednie organy, i jemu nikt nie wierzy. Nie wiadomo przez jak kręte drogi informacja dociera do wolontariusza, który po wielu godzinach niesienia pomocy w innych miejscach właśnie skończył dyżur i wrócił do domu. To on pierwszy bierze sprawę na serio.

Tymczasem nadciąga noc. Turbina, która w końcu się znalazła, nie może przebić się przez zamarznięty śnieg. Do hotelu dotrą jako pierwsi ratownicy z górskej pomocy ratunkowej, przemieszczający się na nartach. Obejrzą apokaliptyczną scenę około piątej nad ranem.

A co było potem, to już wiemy: desperacka pogoń, by ratować ludzi. Kucharz, który w hotelu zostawił żonę i dzieci, po dwóch dniach desperacji, znów będzie mógł ich przytulić. Uratuje się czwórka dzieci, które w oczekiwaniu na odśnieżenie schroniły się w sali zabaw. Uratuje się trójka szczeniaków, przepięknych pasterzy z Abuzji.

W sumie, jedenaście osób wyjdzie cało, dwadzieścia dziewięć straci życie.

Nie można umrzeć na turbinę, powie ksiądz na pogrzebowym kazaniu. Ma rację, choć nie wyczerpał tematu. Ludzie w „Rigopiano” nie zmarli tylko na turbinę. Stracili życie, bo ktoś zadecydował, że wybuduje hotel w miejscu, gdzie budować nie wolno; ktoś inny przymknął oko, by załatwić pracę szwagierce; ktoś inny zaczął reformę i jej nie skończył; ktoś inny jeszcze, zamiast zająć się koordynowaniem pomocy, uciekł z biura, bo ziemia się trzęsła.

Włochy to nie tylko słońce, morze, spaghetti i mandolina, to także i sciatteria: niechlujna, bezduszna i bezkarna bezmyślność.

Kwestia jest jasna: to, co zdarzyło się w hotelu „Rigopiano” to w historii Włoch kolejna tragedia… niepoważna.