No, to była gorąca niedziela…

świeciło piękne słońce, pogoda zachęcała do spaceru ale ja spędziłam dzień przyklejona do telewizyjnego ekranu.

No bo to moje gorąco nie było klimatyczne, a raczej polityczne.

Chodziło ni mniej, ni więcej co o rozpad aktualnie rządzącej Włochami Partii Demokratycznej.

PD to partia centrolewicowa, która jest u władzy już od kilku dobrych lat. Jej sekretarzem i premierem kraju do niedawna był Matteo Renzi, postać mocno kontrowersyjna.

Swą polityczną karierę rozpoczynał jako prezydent miasta Florencji. W tej roli poradził sobie świetnie, cały czas miał wysokie notowania, bo robił to, co do niego należało: zarządzał miastem, rozwiązywał problemy mieszkańców, myślał o parkingach, panował nad dziurami w jezdniach. Pragmatyczny, skuteczny w działaniu. Podczas gdy on postępował do przodu, jego partyjni koledzy, szefowie partii PD pławili się w… niczym. Kiedy jeden z nich występował z jakąś rozsądną propozycją, natychmiast następny podcinał mu skrzydła. Jednym słowem, marazm totalny.

Chlubiąc się osiągnięciami i swym młodym wiekiem Matteo postanowił stawić im czoła, twierdząc, że dinozaurów „należy odstawić na złom”. Swymi sloganami najwyraźniej przekonał partyjnych kolegów. Został premierem i od tamtego momentu partia… leci na łeb.

Co tak naprawdę mu się zarzuca?

Włosi głosujący na lewicę zarzucają mu, że nie jest z lewicy, że zdradza wszystkie ideały przyświecające ich ideologii, przede wszystkim ideał równości. Obiektywnie faktycznie tak to wygląda. By Was nie zanudzać, podam jeden tylko przykład. Powiem o banku „Monte dei Paschi di Siena”, jednym z chronicznie chorych włoskich banków. Bez przerwy stoi on na granicy bankructwa, bez przerwy dofinansowywany jest przez państwo. Ewidentnie ktoś bierze kolosalne pożyczki, których nie spłaca, a włoscy podatnicy raz po razie zmuszeni są do regulowania długu. Tak jest i tym razem: Skarb Państwa dofinansuje upadający bank, a lista „złych dłużników” (na której widnieją prawdopodobnie nazwiska największych włoskich przemysłowców) raz jeszcze nie zostanie ujawniona. Robin Hood kradł bogaczom, by dać biedakom; w naszym przypadku bogacze napychają sobie kieszenie na koszt biedaków, chroniąc się pod skrzydłami instytucji państwowych. Na pewno nie można tego nazwać polityką lewicową.

Koledzy z partii zarzucają Renziemu nie tylko to, co zarzucają mu wyborcy, lecz także i wyjątkową arogancję. Jak nie przyznać im racji? Matteo zawsze był zwolennikiem nie tyle dyskusji, co „silnej ręki” i nigdy tego nie ukrywał, ale dzisiaj to po prostu przechodzi samego siebie. Zdaje się nie zauważać, że PD „rozkłada się od dołu”, że rzesze działaczy oddają legitymacje partyjne. Zdaje się nie zauważać, że kraj jest na granicy rozkładu gospodarczego i rozstroju nerwowego. Idzie do przodu, bo twierdzi, że ma rację. Jego ostania „racja” kosztowała nas miesiące życia i miliony euro. Z przyczyn niejasnych premier postanowił, że ogłosi referendum dotyczące zmiany konstytucyjnej, na mocy której zreformowanoby senat. Żadna z istniejących procedur nie obligowała go do przeprowadzenia referendum w tej sprawie. Wyglądało na to, że jedynym celem premiera było udowodnienie partyjnym kolegom, że ma naród po swojej stronie. Miesiące kampanii przedwyborczej, konferencje i debaty zepchnęły na drugi plan realne problemy Włoch, jak zastój gospodarczy czy szalona korupcja. Krytyczna sytuacja kraju zeszła na drugi plan, by ustąpić miejsca kolejnemu pomysłowi premiera, który właśnie wymyślił nową maszynkę do produkowania wiatru w niechlubnej części ludzkiego ciała.

Na referendum premier oberwał obuchem w łeb. Ponad 60 procent głosujących opowiedziało się przeciwko jego pomysłowi zreformowania konstytucji. Renzi podał się do dymisji (rządy przejął inny szef PD, Gentiloni). Matteo zamilkł… na dwa miesiące. W ostatnich tygodniach wrócił na arenę polityczną wyraźnie zdziwiony, że nie przywitano go łukiem triumfalnym. Może na skutek obucha w łeb (o którym wyżej), wyimaginował, że na dzień dzisiejszy byłby w stanie wygrać wybory do parlamentu (wystarczyłoby 40% głosów, które osiągnął w referendum). Najwyraźniej nie zdaje sobie sprawy z tego, że w jego narodzie żyje wiele poważnych osób, które zastanowiły się nad treścią pytania referendalnego i wpowiedziały się dokładnie w tej kwestii. Potraktował referendum jako plebiscyt odnośnie swej osoby i stwierdził, że wygrał.

Gdy więc poczuł wiatr w żaglach, postanowił ruszyć na kolejny podbój. W pierwszej kolejności postanowił doprowadzić do upadku aktualnego rządu Gentiloni. I tu trafiła kosa na kamień. Z taką opcją nie zgodziło się wielu ważnych przedstawicieli PD. Nie chodzi tylko o „kwestię moralną”, o lojalność w stosunku do aktualnego premiera. Rzecz w tym, że obowiązujące prawo wyborcze jest na tyle felerne, że kto wychodzi zwycięsko z wyborów, praktycznie nie jest w stanie rządzić. Czyli, ktokolwiek wygra, będzie miał związane ręce.

Scena polityczna na dzień dzisiejszy wygląda tak: Renzi chce natychmiastowych wyborów i twierdzi, że wewnątrzpartyjna opozycja jest w mniejszości, w związku z czym ma cicho siedzieć. Opozycja domaga się reformy prawa wyborczego i replikuje: „Mniejszości istnieją po to, by z nimi dyskutować, nie po to, by je asfaltować” . Jutro stanie się jasne, czy w partii nastąpił rozłam.

Jeszcze w niedzielę wieczorem Gianni Alemanno, mocno prawicowy były prezydent miasta Rzymu przed telewizyjnymi kamerami ogłosił, że zakłada nową partię, która poprze Ligę Północną (bez żadnej przesady można powiedzieć, że to partia ksenofobiczna i faszystowska).

„Ruch pięciu gwiazdek”, który przed kilkoma laty startował jako nowe ugrupowanie społeczne i „antypolityczne” i który na dzień dzisiejszy ma wysokie notowania, domaga się natychmiastowych wyborów, pomimo iż wiadomo, że wybory donikąd nie zaprowadzą, co najwyżej przedłużą agonię chorego systemu.

A obywatele? Siedzą przed telewizorami i zastanawiają się, dlaczego mają łożyć na gry polityczne megalomanów.