Europejski Sąd Praw Ludzkich w Strasburgu skazał Włochy za niezapewnienie bezpieczeństwa maltretowanej kobiecie i jej synowi.

Chodzi o wydarzenia z roku 2013. Pochodząca z Mołdawii Elisaveta już wielokrotnie wcześniej skarżyła na policję swego męża, który regularnie ją maltretował. Prawo przewiduje, by w takich przypadkach ofiarom przemocy było zapewniane godne lokum i faktycznie Elisaveta z dziećmi spędziła w chronionym domu trzy miesiące, po czym opieka społeczna stwierdziła, że „skończyły się fundusze na ten cel”. Wszystko „wróciło do normy” aż do dnia 26 listopada 2013, gdy mąż rzucił się na Elisavetę z nożem. Dziewiętnastoletni syn Jon, który interweniował w obronie matki, zginął z ręki ojca. Sama kobieta, ciężko ranna, trafiła do szpitala, lecz przeżyła. I nie odpuściła. Dziś zaapelowany Sąd w Strasburgu stwierdził, że Państwo Włoskie nie podjęło koniecznych środków zapobiegawczych, dopuściło do sytuacji bezkarności, która w efekcie doprowadziła do tragedii, czyli że jest współwinne.

Czy przypadek Elisavety jest odosobniony? Podejrzewam, że nie. Kilka lat temu zwróciła się do mnie o pomoc koleżanka, powiedzmy, że nazywa się Anna (nasze dzieci chodziły razem do przedszkola). Przyszła do mnie z trójką drobiazgu, najstarsza dziewczynka miała niewiele ponad trzy lata. Wszyscy wiedzieliśmy, że kobieta jest maltretowana przez męża, ale tym razem przybiegła do mnie z walizkami w ręku, śmiertelnie przerażona. Mąż poddusił ją do tego stopnia, że była przekonana, że umrze.

Zawiozłyśmy Annę na policję nie do naszego miasta, lecz do pobliskiego, większego. Bałyśmy się, że zobaczy ją ktoś ze znajomych męża. Na posterunku odmówiono przyjęcia skargi, mówiąc, że mamy udać się do jednostki w naszym mieście. Jak się później dowiedziałyśmy, zrobiono to bezprawnie.

Kolejną niespodzianką był pierwszy kontakt z tzw. centro antiviolenza, czyli ośrodkiem, który ma chronić ofiary przemocy. Kiedy zadzwoniłam i powiedziałam, o co chodzi, pani po drugiej stronie zaproponowała, by Anna przyszła na „rozmowę kwalifikacyjną”… za tydzień. A co ma robić przez ten tydzień? – spytałam. Jak to co? Wrócić do męża.

Zrozumiałyśmy, że jesteśmy zdane na same siebie. Załatwiłyśmy sprawę po cichu i skutecznie. Po kilku dniach Anna z dziećmi była w swoim kraju, w domu u swoich rodziców.

Średnio co dwa dni we Włoszech zostaje zabita kobieta (ok. 170 przypadków rocznie). Prawie w 80% przypadkach to nie sprawka przypadkowych rzezimieszków, lecz bliskich kobietom mężczyzn: mężów, partnerów, ojców. Media kwitują takie wydarzenia w krótkich serwisach, po czym reflektory gasną.

Nie zapominajmy, że we włoskim prawie do niedawna istniało pojęcie delitto d’onore. Jeśli mężczyzna zabił kobietę przyłapaną na cudzołóstwie, wyrok za zabójstwo był mocno obniżony, „obrona honoru” była uważana za okoliczność łagodzącą. Tak do 5 września 1981…

Kiedy więc przeczytałam wiadomość, że Włochy zostały skazane za niezapewnienie bezpieczeństwa kobiecie, otworzyłam szampana. Dziwię się, że jeszcze ktoś pyta, po co Italia ma być w Europie. Choćby po to, by od czasu do czasu ktoś mógł jej przypomnieć, na czym polega cywilizacja.