Minęły już dwa lata od tamtego fantazmagorycznego poranka.Był ósmy lipca 2015. Zbudziłam się po nocy ciężkiej, przytłaczającej.

Odwiozłam Jasię na wakacyjne zajęcia (pod okiem grupki ekspertów, dzieci kręciły film). Zaparkowałam dziecko i zatrzymałam się w ogrodzie z pewną mamą, która nadawała jak najęta. Zastanawiałam się, o co jej chodzi. Z jej wywodów nic do mnie nie docierało. Czułam się tak, jakby niebo oberwało się i spadło na mnie, przygniatając mnie do ziemi.

We Włoszech letnie gorąco i zaduch nie są nowością. Tego ranka jednak nie była to tylko kwestia klimatyczna. W powietrzu zawisło zło.

Po południu zadzwonił Marco. Jest lakoniczny i zazwyczaj nie rozmawiam z nim dłużej niż pięć minut. Tym razem jednak musieliśmy przerwać: nagle zrobiło się zupełnie ciemno i zaczął dąć wiatr, więc pobiegłam i w te pędy pozamykałam okiennice. Huragan i grad szalały może przez piętnaście minut. Potem wsystko ucichło.

Po jakiejś półgodzinie usłyszałam, jak w telewizyjnych wiadomościach mówią o Sanbruson di Mira. Ta miejscowość znajduje się w linii prostej trzy kilometry od mojego domu. Wkrótce pojawiły się także zdjęcia. Pozrywane dachy, przewrócone linie wysokiego napięcia. Na facebooku zobaczyłam zdjęcie zmiecionej siedemnastowiecznej weneckiej willi. „Co za kretyn robi sobie jaja z pogrzebu?” – pomyślałam.

Ciekawość matką odkryć: gdy wieczorem wsiadłam do samochodu, zobaczyłam na własne oczy, że na miejscu pięknej Willi Fini, położonej malowniczo nad rzeką Brenta, leży kupka gruzu.

Nad Dolo i Mirą przeszło tornado klasyfikowane jako EF-4 wedłud skali Fujita. Prędkość wiatru sięgała 320 km/godz. Tornado uformowało się po wielodniowych upałach, gdy na gorące i wilgotne powietrze szczelnie wypełniające Nizinę Padańską nadciągnęło chłodniejsze powietrze atlantyckie. Warstwy zaczęły się przemieszczać (gorętsza do góry, chłodniejsza na dół) tworząc leje w formie litery V. Tam, gdzie dolna część leja dotknęła ziemi, przeszło tornado.

Spójrzmy na sprawę pozytywnie. Podczas kataklizmu zginęła jedna tyko osoba: mężczyzna jadący samochodem, które wessało tornado (samochód odnaleziono jakieś trzydzieści metrów od drogi). W zburzonej willi nie było nikogo.

Patrząc na ogrom zniszczenia, tak małe ofiary w ludziach wydają się być niemożliwe. Latające belki i dachówki, drzwi i płoty, wybite okna, szkło i zwały gruzu na ulicach… z jednej fabryki zniknęła metalowa brama wjazdowa, ważąca ponad tonę. Już jej nie odnaleziono. Kolega Jasi ze szkoły znalazł w swym ogrodzie zeszyty innego dziecka. Córka mojej koleżanki właśnie ósmego lipca wylatywała na kurs do Anglii. Jak tylko włączyła w Londynie telewizyjne wiadomości, zobaczyła swój dom… bez dachu.

Następnego dnia znów spotkałam mamę, o której mówiłam na początku. Tym razem nic nie mówiła. Ze śmiertelnym przerażeniem w oczach, tuliła do siebie swe trzecie dziecko, noworodka. Ich dom zdmuchnęło tornado.