Bareteri, wenecki most prowadzący od Rialto do Placu świętego Marka został zamknięty dla ruchu po tym, jak przepływający pod nim gondoler zauważył niebezpiecznie wystający ze struktury kamień nośny. Podniosły się głosy mieszkańców: Wenecja nie jest dostosowana do tak intensywnej eksploatacji, jakiej dzisiaj jest poddana. Według szacunków, zwiedza ją około 25 mln przybyszów rocznie. Mimo tego, że ulice i mosty można przemierzać tylko pieszo, to takiego obciążenia nie zniesie niestabilna wenecka ziemia.

Już od lat Wenecja po prostu się wali. Na głowy nieświadomych przechodniów spadają nie tylko odchody bliżej niezindentyfikowanych obiektów ćwierkających, lecz i kawałki tynków, cegły, posągi. Przed Kościołem Najświętszej Marii od Zdrowia jeszcze pod koniec lat siedemdziesiątych zamieszczono tablicę z napisem: „Uwaga! Spadające anioły”. W latach dziewięćdziesiątych, przy Rio della Toletta, oberwała się i wpadła do wody cała jedna ściana domu i odsłoniła sielankową scenkę, w której para siedząca na tapczanie, odziana w samą tylko bieliznę osobistą, oglądała telewizor. Obrywające się gzymsy czy dachówki to tak częste przypadki, że nawet się ich nie rejestruje.

Przyczyna leży w samej strukturze hydrogeologicznej miasta. Powstało ono na rozległej nizinie, na którą wdarło się morze. Zostały zalane delty rzek a wydmy stały się weneckimi wyspami. Czyli, że tutejsza ziemia to nic innego jak niesiony przez wody materiał osadowy, głównie piasek. Odkąd zaczęto zamieszkiwać na weneckich wyspach (ok. V w.), niektóre z nich pogrążyły się w wodach laguny. Nie uratowały ich desperackie prace mieszkańców, jak podnoszenie ich poziomu czy budowanie palisad.

Aktualne zabudowania opierają się na caranto, silnie zbitej glinie na poziomie niegdysiejszej niziny. Warstwa caranto pozwoliła na to, by miasto powstało. Do niej to budowniczy wbijali pale – fundamenty domów. Pod samą Bazyliką Matki Boskiej od Zdrowia jest ich przynajmniej sto tysięcy. Liczą sobie od dwóch do dziesięciu metrów długości, mają średnicę dwudziestu – trzydziestu centymetrów. To modrzewie, wiązy, olchy, dęby, sosny pochodzące z Alp. Przypłynęły stamtąd, spuszczone wzdłuż rzeki Piawa, zanim zmieniono jej koryto.

Tak niegdyś budowano Wenecję, tak się o miasto troszczono. A dzisiaj? Niestabilny teren, nadzwyczaj gęste zabudowanie miasta, niedostateczna konserwacja pozwalają oglądać scenki, jak te wyżej opisane. Szczególnie daje się we znaki brak perspektywicznego myślenia, które przez wieki charakteryzowało wenecjan. Konieczność ochrony wspólnego dobra brała górę nad ich naturalną kłótliwością czy rywalizacją. Wciąż niepewni jutra wyspiarze rozumieli, że stabilność geologiczna i hydrauliczna laguny jest wartością najwyższą, ponad prywatną własnością czy osobistym interesem: od niej zależało przeżycie wszystkich mieszkańców. Si galleggia insieme, si sprofonda insieme: razem utrzymujemy się na powierzchni, razem toniemy. Dzięki takiej świadomości, laguna przetrwała w prawie niezmienionym stanie przez wiele wieków.

Dziś mało się Wenecję konserwuje, mocno ekspoatuje. Nowością są tzw. grandi navi, wielkie turystyczne statki rejsowe, wyższe niż najwyższe dzwonnice miasta, które wpływają do laguny, wysysają wodę z mniejszych kanałów tak, że drżą pale, na których osadzone są domy.

Wenecjanie klną na czym świat stoi. W ramach protestu „Zieloni” pławią się na dmuchanych kaczkach w Kanale Giudecca. Na dzień dzisiejszy osiągnęli szeroko rozpowszechnioną sympatię Włochów i nic więcej. I podczas gdy pływające kolosy mieliły dno laguny i wszystko, co tam żyje, gdy fale zrywały brzegi, władze miasta proponowały, by zakazać turystom używania w Wenecji trolejów: za mocno hałasują.

zdjęcie: Enzo Pedrocco