Pierwszy dzień wakacji w Grecji, pierwsza wycieczka. Ruszamy na podbój Sithonii, drugiego odgałęzienia Półwyspu Chalcydyckiego. O rany, korek. Nie da rady nawet dojechać do przesmyku. Zmieniamy plan. Któraś z dziewczyn proponuje zwiedzanie Meteorów, wysokich piasowych skał z klasztorami na szczycie, które znajdują się na trzecim odgałęzieniu półwyspu. Spoglądam na mapę, tej nazwy nie widzę, pewnie coś mi umknęło. Nic to, wyruszamy. Pierwszy bar. Pytam właścicielkę o Meteory. Kobieta wybałusza oczy. No co ona się tak dziwi? Nie wie, co ma pod nosem? „Meteore is on the other side of Greece” – wydukała wreszcie. Aha.

Wracam do naszego stolika. Koło nas mały chłopczyk wznosi pod niebo lamenty greckie. Ja wybucham homeryckim śmiechem. Ryczę jak osioł, aż mi wstyd, ale nie mogę się powstrzymać. Później, w samochodzie będę się starała wywiedzieć z jakiego to źródła pochodziła wiadomość fałszywa i tendencyjna odnośnie położenia Meteorów. Wszystkie trzy potencjane źródła solidarnie milczą.

Decydujemy, że celem naszej dzisiejszej wyprawy będzie Góra Athos. Jak zweryfikowaliśmy, to ona znajduje się na trzecim podpółwyspie Półwyspu Chalcydyckiego. Zaczyna się Odyseja. Dwadzieścia minut drogi, stop, siusiu. Pół godziny drogi, stop, kawa. Piętnaście minut drogi, stop, siusiu. A potem stop, lody.

Panie Boże, przydaj mi cierpliwości, tylko szybko!!!

Dojeżdżamy do Ouranopolis, celu maszej wyprawy. Decydujemy się na kąpiel w morzu. Rozpoczyna się przeprowadzka: torba na plażę. Płetwy. Siatka na ryby. Sprzęt do snorkingu. Piłka. Torebka plastikowa, do której wsadza się komórkę, by robić zdjęcia pod wodą. Spinki do włosów. Buty do morza. Zimna woda do picia. No i nie na tym koniec, bo mamy ręczniki plażowe, ale nie mamy ręczników do wycierania. Jak my to zrobimy, bez ręczników do wycierania!?

Świetnie potrafimy dzielić włos na czworo ale daru syntezy to my nie mamy.

Obładowani jak muły dochodzimy do plaży. Rozglądam się dookoła i zazdroszczę tym wszystkim, którzy przynieśli ze sobą plecak formatu lalki barbie i mają w nim wszystko, co im do szczęścia potrzebne. Ale to nie Włosi. „Powinnam była wyjść za mąż za Niemca” – myślę po cichu.

Po kąpieli, procesja wyrusza w drogę powrotną. Bar, lody. A potem trzeba wrócić biegiem na plażę, bo zgubiliśmy skarpetkę. Potem pocztówki, kolczyki… jak docieramy do samochodu, nie posiadam się ze szczęścia. Wystarczy atrakcji, jak na dzisiaj.

Jutro święto wniebowzięcia, więc muszę kupić po drodze coś do jedzenia. Chcę wyskoczyć sama na chwilę do supermarketu ale to temat nie do przeskoczenia. Sama? Jaka sama? Dlaczego sama??? Karawana Filesich udaje się do LIDLa. Moja rodzina kroczy za mną, podnosząc wątpliwości co do każdego produktu, który wsadzam do wózka. Dochodzimy do pieczywa. Proszę, by ktoś zorganizował woreczki na chleb. Woreczków jak nie było, tak nie ma, natomiast każdy członek familii ma odmienną wizję na to, który bochenek będzie najlepszy. Jakby było za mało, ponad głowami kupujących wznosi się okrzyk mojej najmłodszej latorośli: „Mamaaaa, jak to się czyta po grecku?”.

Ja nie powinnam była wychodzić za Niemca. Ja w ogóle nie powinnam była wychodzić za mąż.

Podchodząc do kasy, obserwuję Leonarda, który usiłuje założyć na szyję „złoty” łańcuch. Znalazł go w piasku, na plaży. Takie łańcuchy noszą we Włoszech mafiozi i nowobogaccy od Neapolu w dół. Dla człowieka, który nosi kapelusze numer sześćdziesiąt, założyć coś takiego przez głowę to nie taka znowu prosta sprawa. Łańcuch zablokował się na uszach i ani myśli przesunąć się na swoje miejsce. Jeszcze raz dzisiaj wybucham niepohamowanym śmiechem.

„Widziałem, że jesteś nerwowa i chciałem cię rozśmieszyć” – wyznaje Leo.

A może to dobrze, że wyszłam za Włocha?