Zbudziłam się jako pierwsza. Zeszłam na dół, skierowałam się ku łazience. W korytarzu, kąt między ścianą a sufitem był zajęty przez dorodnego pająka. Na oko, jakieś dziesięć centymetrów. „ Zajmę się nim później” – pomyślałam i poszłam dalej.

Zaczęłam zastanawiać się nad strategią, jakby tu się pozbyć naszego gościa. Jak wiadomo, pająków się nie zabija w ogóle, a w naszym przyrodniczym domu szczególnie. No to co teraz? Mogłabym połaskotać go miotłą, ale uciekłby i schowałby się gdzieś między proszkami do prania a koszem na brudne rzeczy. Nie, nie. No to co? Potrzebne by było coś długiego i chwytającego. Może… szczypce do sałaty?

Chyba dzisiaj moje neurony nie pracują na najwyższych obrotach. To ja lepiej sobie siądę i zaczekam.

Pojawia się Flavia. „Chodź tu, chodź! Pokażę ci Jasia Ósmy Cud Świata!” – wołam. „Ale gigant!” – dziewczę stwierdza i idzie dalej. Potem kolej na tatę. Ten rzuca fachowym okiem przyrodnika i oznajmia: „Pająk z rzędu Aragon aragon” i idzie dalej. Najmłodsza Jasia, obdarzona głęboką pasją ku wszystkiemu temu, co się porusza, w normalnych warunkach poczułaby nieodpartą chęć dogłębnego zbadania obiektu. Dziś jednak jest zbyt zajęta ciężkim przechodzeniem dojrzewania. Ruca okiem i idzie dalej. Co do Clelii nie jestem nawet pewna, czy na zwierzę spojrzała.

Do tematu wracamy po południu, kiedy na porządek dzienny wkracza temat: sprzątanie łazienki. Wygląda na to, że kolej na Clelię. Ta jednak postanawia upiec na nieświadomym zwierzęciu swą własną osobistą pieczeń. Nie pójdzie sprzątać łazienki, po tam jest pająk. Flavia, która szykuje się do wyjścia z koleżankami, czuje, że grunt pali się jej pod nogami (gdyby siostra zawaliła, obowiązek spadłby na nią). „Clelia, przecież byłaś już w tej łazience od rana pięć razy!”. No tak, ale co to za dom, co to za rodzina, pająki po ścianach, nikogo nic nie obchodzi. Flavia wystrzela: „Clelia, w tym domu nie ma osoby oddelegowanej do likwidowania pająków, która nie wypełniła swego zadania. Jak ci Jaś przeszkadza, to weź i go wyrzuć!”.

Moja średnia córka kapituluje i idzie sprzątać łazienkę.

Powoli zaczynam oswajać się z myślą, że Jaś zostanie przyjęty na nowego członka rodziny. Ale dziś wieczorem mamy gości, takich zwykłych, o dwóch rękach i dwóch nogach. To co im powiemy? No to ja chyba zaprowadzę ich prosto do Jasia, żeby wiedzieli, że on nie jest tu przypadkiem, bo wziął i wlazł, ale że zajął swe stanowisko za naszym przyzwoleniem. A jak ktoś się boi, to siusiu na górę.

Takie rozwiązanie mogłoby zadziałać.

Krótko przed kolacją Leo pojawia się w kuchni i oznajmia, że Jasia wyeksmitował. „A jak ty to zrobiłeś?” – pytam. „Wziąłem go przez chusteczkę i wyrzuciłem na dwór”. Rodzą się we mnie pewne wątpliwości co do takiego przebiegu rzeczy ale szybciutko odsuwam je na bok.

Mój mąż to prawdziwy mężczyzna.