Zaczęło się od psich figli. Było lato 1984, wakacje, upał, śmiertelna nuda i obchody z okazji setnej rocznicy urodzin malarza, rysownika i rzeźbiarza Amedeo Modiglianiego. W rodzinnym mieście artysty, Livorno (które na marginesie za życia nigdy go nie doceniło), organizacja obchodów została powierzona najwyższej klasy krytykom sztuki: Verze Durbe’ i jej bratu Dario, który był wówczas szefem rzymskiej Galerii Sztuki Współczesnej. Postanowili oni nie ograniczyć się do klasycznej wystawy lecz zrobić coś dla potomności: odnaleźć zagubione dzieła Modiglianiego.

Modigliani, malarz i rzeźbiarz (XIX/XX w) obracający się wśród impresjonistów i kubistów, wypracował swój własny, niepowtarzalny styl. Malował i rzeźbił ludzkie portrety o stylizowanych twarzach i mocno wydłużonych kształtach i było to coś za bardzo rewolucyjnego jak na Livorno początku dwudziestego wieku. Wyjeżdżając z rodzinnego miasta do Paryża, gdzie się już osiedlił, po wyśmianej wystawie w roku 1909 podobno był tak zrozpaczony, że wyrzucił do miejskiej fosy swe rzeźby, niedocenione przez współmieszkańców.

No to… łopaty w dłoń, przekopujemy fosę!

To było bardzo gorące i bardzo nudne lato. Pietro, Michele i Pierfrancesco mieli wówczas po dziewiętnaście lat i nie wiedzieli, co ze sobą zrobić. Na szczęście we włoskich szkołach naucza się historii sztuki i każdy przeciętny Włoch ma pojęcie o tym, jak ją się tworzy. No i oto pomysł na nudę: młodzieńcy postanawiają wyrzeźbić „głowę” Modiglianiego i podrzucić ją na teren wykopalisk, ku uciesze gawiedzi. Wypróbowują kilka materiałów, granit za twardy, wreszcie trafiają na odpowiedni piaskowiec i za pomocą wiertarki odtwarzają klasyczny model artysty. O rany, pobrudził się od trawy. To nic. Przecież to tylko żart.

Wszystko toczy się tak, jak przewidziano: chłopcy podrzucają „dzieło sztuki” na teren wykopalisk, koparka natychmiast na nie natrafia, gawiedź się cieszy. No i na tym psikus ma się skończyć, bo zaraz przyjdą historycy sztuki i powiedzą, żeby kicz wyrzucić do kanału. Historycy sztuki nadciągają ale ich werdykt będzie zupełnie inny… w dzienniku telewizyjnym Vera Durbe’ ogłosi, że znalezisko to „bez wątpienia dzieło Modiglianiego”. Ponieważ długo znajdowało się pod mokrą ziemią, osiadł na nim rzadki glon i dlatego zabarwiło się na zielono. Co więcej, następuje cudowne rozmnożenie: spod ziemi wyskakują dwie jeszcze głowy, bez wątpienia Modiglianiego…

O rany, zaczyna się robić gorąco. Gdy po miesiącu żaden jeszcze znawca historii sztuki nie dementuje teorii rodzeństwa Durbe’, chłopcy postanawiają wyjść na jaw. W dzienniku telewizyjnym, na oczach widzów, przy użyciu wiertarki Black&Decker rzeźbią na poczekaniu autentycznego Modiglianiego. Szybko odnajduje się również autor dwóch kolejnych głów: to robotnik portowy i znany fałszerz Angelo Froglia, któremu zupełnie przypadkiem wpadł do głowy taki sam figiel, jak znudzonym licealistom.

W krótkim czasie historia obiega świat. Chłopcy trafiają na łamy „Times” jako autorzy żartu stulecia. Pada wiele konorowanych głów, kariery idą w proch, „baroni” historii sztuki wystawieni są na pośmiewisko. A dziś inżynier informatyki Pietro, onkolog Pierfrancesco i organizator transportów Michele cieszą się we Włoszech niemal taką sławą, jak sam Modigliani. W kraju hierarchii i niepodważalnych autorytetów zdemaskowali nagiego króla!

“Chłopaki od głów Modiglianiego” z Caparezzą, jednym z najpopularniejszych włoskich piosenkarzy, który skomponował ostatnio utwór o ich “wyczynie”.

 

A sam artysta bez przerwy dostarcza tematów do dyskusji i staje się przyczynkiem do nowych skandali…

W ostatnim czasie znany krytyk sztuki ocenił, że są fałszerstwami pseudo-obrazy Modiglianiego wystawione w Pałacu Dożów w Genui. Zorientował się… oglądając zdjęcia w internecie. Organizatorzy wystawy oponują: „Przecież ta wystawa pół świata zjechała i nikt nie narzekał. W Korei nawet była!” „A co tam wiedzą Koreańczycy o Modiglianim?” – odpowiada chór z Półwyspu Apenińskiego. Sprawa trafia do prokuratora. Opinia biegłej sądowej jest jednoznaczna: „Przynajmniej dwadzieścia z dwudziestu jeden wystawionych dzieł to prostackie fałszerstwa”. Na jakiej podstawie to stwierdziła? Między innymi na tej, że do wykonania obrazów użyto farb, jakie nie istniały na początku dwudziestego wieku. Ale przecież we Włoszech jeden krytyk sztuki jest mądrzejszy od drugiego. „Historycy nieakademiccy niech siedzą cicho!” – pohukuje uniwersyteckie lobby. „Przecież to właśnie akademicy przypisali Modiglianiemu naszą rzeźbę” – odpowiadają autorzy psiego figlu sprzed trzydziestu lat i na tym koło się zamyka.

Aktualnie czekamy na ostateczny werdykt odnośnie autentyczności obrazów a ludzie, którzy zwiedzili trefną wystawę mają zamiar wystąpić do organizatorów o zwrot kosztów za bilety.

A Modigliani? Artysta, który za życia policzył na palcach jednej ręki sprzedane obrazy, nigdy by się chyba nie spodziewał, że jego dzieła wzbudzą tyle emocji wśród potomnych…