Zdjęcie na okładce: Wulfstan – Praca własna

Rosłam na polskiej telewizji z lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, gdzie karmiono nas filmami wojennymi i upamiętnianiem świąt narodowych. We Włoszech zdumiało mnie to, że o obchodach świąt państwowych mówiły tylko dzienniki, poza tym palimpsest jak w inne dni. Muszę jednak przyznać, że od kilku lat w Dniu Pamięci włoska telewizja poświęca wiele antenowego czasu tematyce holokaustu. Myślę, że to cenne i ważne. Trzeba pamiętać, żeby nie powrócić do przeszłości.

Wczoraj nasz komitet Wangari Maathai w Mirze przygotował spotkanie mówiące o Shoah. Była krótka prelekcja na temat dzieci w holokauście, wiersze, wspomnienie Ireny Sendler i piękny wiolonczelowy duet. Spotkanie bardzo udane, pełne nowych treści. Było mi ciut wstyd, że o Irenie Sendler dowiedziałam się od włoskiej historyczki Bruny Bianchi. W komuniźmie nam o niej nie mówiono…

Muszę jednak wyznać, że był taki moment, kiedy podskoczyłam na krześle, jakby ktoś wbił mi szpikulec w niechlubną część ciała. Stało się tak, gdy prelegentka wyraziła swe oburzenie faktem, że polski rząd prawnie zabronił używania zwrotu „polskie obozy koncentracyjne”.

Wyznam, że nie mam żadnej sympatii do aktualnego polskiego rządu i na pewno bym na niego nie głosowała. Nie czuję się przez niego reprezentowana, jak nie czułam się reprezentowana przez niektóre rządy włoskie. Lekką przesadą wydaje mi się również karanie trzyletnim więzieniem osoby, która przepis łamie (Obama niech lepiej siedzi w Stanach, w Polsce mógłby trafić za kratki). Wolność słowa jest dla mnie dużą wartością. O „polskich obozach koncentracyjnych” według mnie, nie należy mówić nie dlatego, że to prawnie zabronione, lecz dlatego, że to typowa „fake new”. To sformułowanie wprowadzające w błąd. Nie mówię o Polsce, gdzie wszyscy wiedzą, kto stał za obozami koncentracyjnymi i obozami zagłady. Mówię o zagranicy, gdzie niestety ludzie pojęcia mylą. Mówić o „polskich obozach koncentracyjnych” to tak, jak przypisać Polakom zbrodnie ich oprawców.

Tak mnie tak szpila ukłuła, że po fakcie poleciałam prosto prelegentki. Wyraziłam zrozumienie dla jej anarchistycznego ducha bo sama na niego cierpię. Dodałam jednak, że mówienie o „polskich obozach koncentracyjnych” to fałszowanie historii. Miałam nadzieję na odpowiedź na temat, lecz się jej nie doczekałam. Usłyszałam natomiast wiele zdań o antysemityźmie i kolaboracjoniźmie Polaków.

Nie czuję się na siłach, by je negować. Tak niestety było. O tym opowiadała mi moja matka i moja stareńka ciocia, która w Rawiczu chodziła do szkoły z żydowskimi dziećmi. Nie tylko były one bite przez innych, lecz w czasie przerw „dla zabawy” obcinano chłopcom pejsy. Kiedyś czytałam pewne naukowe opracowanie, w którym trwierdzono, że nietolerancja rodzi się tam, gdzie mniejszości narodowe stanowią ponad dziesięć procent społeczeństwa. Jak wiadomo, złość narasta tam, gdzie panuje niedostatek. No i ludzie mają tendencję do odrzucania tych, którzy nie należą do ich własnej grupy.

Dyskusję kontynuowaliśmy po powrocie do domu. Igor, Słoweniec, jasno wyraził to, o czym zawsze myślałam: „Dlaczego, mówiąc o obozach koncentracyjnych, wspomina się tylko Żydów?”. Tak faktycznie jest. Lwia część Włochów w ogóle nie zdaje sobie sprawy z tego, że do obozów trafiały osoby różnych narodowości a Żydzi nie stanowili nawet połowy ofiar. To prawda, że jasny plan unicestwienia istniał wobec nich i Romów (o których też się nie wspomina). Prawdą jest również, że w obozach koncentracyjnych zginęło przynajmniej siedem milionów ludzi innych narodowości. Czy nie są one godnymi pamięci ofiarami nazistowskiego szaleństwa?

Ale wróćmy do mojej dyskusji z prelegentką. Muszę wyznać, niestety, że obydwie się zacietrzewiłyśmy. Nie chciałam negować faktu, że Żydzi wiele od Polaków ucierpieli. Chciałam tylko, by nie mówiono o „polskich obozach koncentracyjnych” w odniesieniu do miejsc jak Auschwitz Bierkenau. Nie chciałabym też, żeby mówiono o „niemieckich obozach koncentracyjnych”, lecz raczej o „nazistowskich obozach koncentracyjnych”. Podnoszenie kwestii narodowościowych jest tak niebezpieczne, jak puszczanie zbrodni w niepamięć.

A co do kolaboracji? Jeszcze raz najlepiej ujął to Igor. To, co zaszło w czasie Drugiej Wojny Światowej, to efekt działania Niemców… i całej reszty. Wszyscy byli w tym zanurzeni po uszy. Nie negujemy czynów bohaterskich. Nie negujemy kolaboracji, która przekroiła wszystkie narody, łącznie z żydowskim, która ugodziła nie tylko w Żydów i tych, którzy im pomagali, lecz i we wszelkiej maści ruchy oporu.

Doskonały włoski pisarz Gianrico Carofiglio, w swej książce „W adekwatnych słowach” mówi o tym, jak jest ważne używanie w sposób precyzyjny wyrazów, których znaczenie jest takie samo dla wszystkich. W czwartek spotykamy się w naszym komitecie Wangari Maathai. Spróbuję powiedzieć, co mi na sercu leży. Pewnie powiedzą, że jestem nacjonaliską. No dobra. Tylko niech mi najpierw wytłumaczą, co to jest „nacjonalizm”. Jeśli to, co sprawia, że podskakujesz na krześle, gdy ktoś mówi o „polskich obozach koncentracyjnych”, to nie mam żadnego alibi. Jestem nacjonalistką.